Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Matura 2009

01/09/2007 GMT 1

Inni mają gorzej

aleandrasan @ 18:45

Dedykowane Marzenie i mojej najlepszej przyjaciółce, Agacie

I.

Z przodu zeszytu nabazgrała: INNI MAJĄ GORZEJ. Gdy to przeczytałam zatkało mnie. Wiedziałam oczywiście, że ma rację. Ale zdawałam sobie również sprawę, że nie znajdowała się w najprostszej sytuacji. Powiem nawet, że mimo, iż byłyśmy w mniej więcej tym samym położeniu to ona miała gorzej. Zawsze, gdy o niej myślałam, zastanawiałam się: dlaczego ona ciągle ma pecha? Przecież jest dobra. To czemu ciągle ją spotykają nieszczęścia? A to jej się przytrafiał zwykły pech; a to czuła się od innych gorsza; a to straciła rodziców i nie chcieli jej dać tego, na co zasługiwała. Najgorsze było poczucie, że bez tego ostatniego może nie poradzić sobie jednym z najważniejszych egzaminów w życiu człowieka: z maturą.
Nazywała się Marzena M. Tak samo jak ja, miała niedosłuch. 70 decybeli. Chodziłyśmy do tego samego gimnazjum i liceum. Zawsze jednak byłyśmy w innych klasach, ale łączyło nas coś dziwnego. To nie było koleżeństwo. To nie była przyjaźń. To była znajomość, którą po prostu doceniałam, ale nie umiałam tego wykorzystać. Nie wiem, czy ona tego żałuje, natomiast wiem, że ja - tak. Bo Marzena była miła. I różne dziwne okoliczności jej się przytrafiały.
-Mnie się zawsze musi coś przytrafić -skomentowała po telefonie, jaki zrobiła do kumpeli, gdy się okazało, że zapomniała książki.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Siedziałyśmy wtedy na ławce w korytarzu łączącą część licealną i gimnazjalną. Był jakiś wiosenny dzień, kiedy jeszcze chodziliśmy do maturalnej klasy.
Z tym miejscem mam wiele wspomnień, a najdziwniejsze jest to, że mało w nich Marzeny. Może jakieś ulotne sceny, które nie mają znaczenia, ale poza tym - nic konkretnego.
Poznałam ją w gimnazjum. Już nie pamiętam jak, wiem tylko, że uczęszczała do mojej znienawidzonej klasy z podstawówki. Nie współczułam jej. Nie wyglądało na to, by było jej źle. W sumie, miała lepiej niż ja. Akurat trafiła na ludzi, którzy dojrzewają i mają o wiele więcej wyrozumiałości dla inności od dziesięcioletnich smarkaczy.
Najdziwniejsze, że nasze klasy zawsze się mijały. Oni mieli na dole, my na górze. Ale to nie znaczy, że się nie kolegowałyśmy. Na swój sposób miałyśmy znajomość i ją rozwijałyśmy. Chyba najwięcej ze sobą spędzałyśmy czasu pod koniec gimnazjum. Przed i po egzaminach gimnazjalnych.
Miałyśmy szczęście w podwójnym nieszczęściu, ale o tym, że jest ono podwójne dowiedziałyśmy się dopiero w trzeciej klasie liceum. Nie wiem, czy ona tak samo to odebrała, jak ja, ale nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. Tym bardziej, że ciągle jej się coś smutnego przytrafiało.
W drugiej klasie gimnazjum musiałyśmy chodzić na jakieś komisje, dzięki którym dostaniemy dostosowanie na egzaminie dotyczące naszej wady słuchu. Ja nie chciałam tego, ale w końcu się zgodziłam. Bo to była duma i strach jednocześnie; przecież testy robione specjalnie dla osób niedosłyszących były znacznie prostsze, niż te, które zdrowi ludzie rozwiązywali. Poza tym, jak człowiek był skazywany na coś prostszego, niż mógł rozwiązywać, to czuł się jakoś gorszy. Ale im bliżej 4 i 5 maja (w moich czasach te egzaminy odbywały się jeszcze w maju, z czego się cieszyłam), tym strach był większy. Bałam się znacznie mniej niż przed maturą, to fakt, ale jednak był to mocny stres.
Ja i Marzena dostałyśmy te same arkusze egzaminacyjne. Mnie się udało wypaść dosyć dobrze na egzaminie, bo miałam maksymalną ilość punktów na humanistycznym i "tylko" 28 na matematycznym. Dawało to razem 78 punktów. Najzabawniejsze, że po tym wszystkim moja nauczycielka od matematyki zastanawiała się, czy by mi nie dać trói na koniec z tego przedmiotu. Ostatecznie takiej ładnej oceny nie dostałam, ale i tak miałam gwarancję, że się dostanę do jakiegoś liceum.
Marzenie poszło o kilka punktów gorzej niż mnie. Czuła się przez to gorsza. To było smutne. Ja nie robiłam z tego żadnej różnicy, ale w sumie było już po sprawie: zdałyśmy, jak zdałyśmy i miałyśmy iść do tej samej szkoły.
Do klasy maturalnej nasza znajomość praktycznie stała w miejscu. Jednak z racji wspólnej niepełnosprawności zaczęły nas łączyć różne sprawy. Z tym, że ona miała znacznie gorzej. Bo nie nosiła aparatów słuchowych. Nie wiem, dlaczego. Ale to mogło być uwarunkowane różnymi czynnikami i to raczej niewesołymi. Nie będę roztrząsać, jakimi, bo to nie jest celem tej opowieści.
Nasza szkolna pedagog stwierdziła, że musimy złożyć jakieś papierki, dzięki którym dostaniemy dostosowanie. Wtedy - a był to wrzesień 2006 roku - jeszcze nic konkretnego nie było wiadomo, co nas czeka. Chodziło przede wszystkim o angielski pisemny, bo obie miałyśmy go zdawać na maturze. Otóż, na tym egzaminie jest takie coś, jak "rozumienie ze słuchu". No to już wiecie, co to dla osób niedosłyszących może oznaczać - problemy. Ale miałyśmy wtedy nadzieję. Że nas z tego zwolnią i, że będzie całkiem przyjemnie, bo będziemy miały większe szanse na zdanie.
Najpierw ja poszłam na komisję. Zwolniona byłam z trzech pierwszych lekcji przez tę sprawę. Zjawiłam się tam z rana. Czekałam. Nadal miałam nadzieję, chociaż to już były kompletne resztki tejże. Już mniej więcej sobie zdawałam sprawę, co mnie czeka. Gdy nadeszła moja kolej, to urocza pani zrobiła mi dyktanto, które wykazało oczywiste problemy - problemy ze słuchem, mimo, że z ortografii jestem całkiem dobra. Powiedziała mi na koniec, że musi napisać, iż mam prawo do noszenia aparatów na egzaminie maturalnym, I że nic więcej nie może zrobić, chociaż jej zdaniem od pewnego poziomu ubytku słuchu uczniowie powinni dostawać zwolnienia ze słuchu na języku obcym nowożytnym. Rozstałyśmy się w dosyć dziwnej atmosferze - niby miłej, ale ja już czułam się zdołowana. Gdy wyszłam z budynku, to nie spieszyłam się specjalnie. Wręcz przeciwnie, szłam najwolniej, jak tylko potrafiłam. Szłam i szłam i tak sobie myślałam: w czym niby jestem gorsza od innych, że nie mogę mieć szansy równego zdania egzaminu maturalnego? Dlaczego nie mogę go mieć? Co ja takiego zrobiłam? Chciało mi się płakać i faktycznie, trochę pobeczałam. Byłam skołowana cały dzień. Pochmurny, beznadziejny.
Tydzień później tę samą komisję miała Marzena. Oczywiście, podobnie jak i ja, zjawiła się w szkole po niej. I była tak samo, jeśli nie bardziej, zdołowana ode mnie.
-Ale powiedziała, że nie może mi dać tego dostosowania, bo mam tylko 70 decybeli ubytku słuchu. -Powiedziała smutnym tonem. Rozumiałam jej rozdrażnienie. W moim przypadku to było jeszcze do przełknięcia: przecież ja noszę aparaty słuchowe, ale ona?
Ja jednak stwierdziłam, że nie ma się co poddawać. Dwa razy chciałam zrobić tak, by było dobrze. Za pierwszym razem prawie się udało, za drugim - totalna porażka.
Otóż, zaczęłam badać sprawę w internecie. Natknęłam się na przepisy, według których osoba niedosłysząca ma prawo do tego, by ktoś czytał na głos transkrypcję tekstu słuchanego. Na żywo. Dzięki temu łatwiej zrozumieć, co ktoś ma na myśli, bo mowa jest wyraźna, niezakłócana przez różne dźwięki, a przede wszystkim - normalna. Bo jak ktoś do mnie powie coś szybkiego do mnie w dowolnym języku to nie zrozumiem go, choćbym nawet nie wiem, jakbym chciała. Gdy poinformowałam o tym przepisie naszą pedagog, powiedziała: -Faktycznie, można by coś takiego zrobić, ale nie ma za bardzo jak, bo my dowiadujemy się o treści tego egzaminu dopiero wówczas, gdy dostajemy do rąk arkusze egzaminacyjne z płytą.
Też prawda. Bez porządnych przygotowań nie ma co liczyć na jakiś sukces. I znów nad moim egzaminem potoczyło się czarne widmo. A matura coraz bliżej. Bałam się jej, chociaż byłam świadoma, że dzięki pilnej nauce mogłam postawić na sprawy pisemne.
Za to z Marzeną było gorzej, niż ze mną. Mało sie uczyła, ale powiedzmy sobie szczerze: to nie była tak do końca jej wina. Los tak jej dał - że się wyrażę - po dupie, że praktycznie nie miała kiedy dobrze się przygotować do swojego egzaminu.
Pewnego dnia siedziałyśmy sobie same w gabinecie pani pedagog. Teoretycznie atmosfera była całkiem spokojna.
-Ola... -Zaczęła Marzena. -W tym roku w wakacje mama mi zmarła.
To był wstrząs. Nie dlatego, że się z nią mocno przyjaźniłam, ale dlatego, że dokładnie wiedziałam, co ta dziewczyna może czuć. Co to mogło dla niej znaczyć. Bo ja też miałam matkę, która w 2005 roku mi zmarła. Kiedy to powiedziała, kompletnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Chciałam ją pocieszyć, ale nie umiałam. Chciałam ją przytulić, ale nie miałam odwagi. Chciałam zrobić cokolwiek, ale nie miałam pojęcia, co. Tyle, że ona i tak miała gorzej ode mnie. Bo straciła nie jednego, a dwóch rodziców. Co najgorsze, szok spowodowany po śmierci mojej mamy był mocny i dopiero niedawno, bo pod koniec sierpnia 2007 poczułam, że jakoś zaczynam się przyzwyczajać do takiego życia. Bez przytulenia, bez uczucia miłości od mamy, bez niczego od niej.
Jednak to, co się stało później kompletnie mnie dobiło. Pod nosem miałam maturę i jak zwykle podczas zajęć pedagogicznych uczyłam się angielskiego. A cóż innego mogę zrobić? Chcę zdać!
Tym razem siedziałyśmy wszystkie trzy: ja, Marzena i pani pedagog. Ponieważ te dwie ostatnie dosyć dawno się nie widziały, zaczęły omawiać na boku sprawy. Mimowolnie ich słuchałam. Nie chciałam. Byłam coraz bardziej niespokojna. Sprawy dotyczyły życia Marzeny. Nie było jej łatwo. Musiała pozałatwiać kilka spraw w urzędach, ale to było jeszcze nic. Wszystko dotyczyło jej rodziców. Tego i tamtego, no i uczuć też. Pod koniec zajęć chciałam jak najszybciej wyjść. Czułam się cholernie zdołowana. Przecież ta dziewczyna ma gorzej ode mnie. Przecież... Wyszłam i niemal pędem pobiegłam do łazienki. Zaczęłam beczeć jak bóbr i nie mogłam przestać. Przecież to było tak dawno! W 2005. Przecież ona jest ze mną! No tak, a w dodatku dobijająca była sprawa z tatą. To też dało mi się we znaki. Gdy w końcu wyszłam z tej nieszczęsnej łazienki, to koleżanki zaczęły się interesować, co mi jest. Niektórym powiedziałam, innym nie. Nikt nie zrozumiał. Nie chciałam dołować Marzeny, ta dziewczyna i tak ma już wystarczająco źle! Ma gorzej ode mnie, a ja się jeszcze domagam jakiś uczuć! Czemu, czemu do cholery?!
Nadal nie mogłam się uspokoić. Kopałam swój biedny plecak bez opamiętania. Nauczycielka spytała, co mi jest. Nie potrafiłam wyjaśnić, zresztą - nie zrozumiałaby. To mogłaby tylko zrozumieć Marzena. I doskonale, jak się później okazało, zrozumiała.
Bo gdy następnym razem się spotkałyśmy, przeprosiła mnie za to, że przy mnie mówiła o takich rzeczach. Że przecież ja też jestem w całkiem dobijającej sytuacji. Nie czułam się z tego powodu dobrze. Ona z gruntu chyba też nie - miała jakieś wyrzuty sumienia, albo była rozgoryczona. Nie wiem, ale przeszkadzało mi to, że w sumie przeprasza mnie osoba, która ma gorzej ode mnie. Po licho? To ja nie powinnam się w ten sposób zachowywać. Powiedziałam, że przecież to nie szkodzi, że tak się stało. No, ale w sumie - nic się nie stało.
Potem była studniówka. Nie wiem, jak się na niej bawiła. Ja za to miałam najdziwniejszą imprezę w życiu. Nie mam pojęcia do dziś, czy to była udana czy nieudana zabawa.
Potem nie spotkało nas nic specjalnego. Ona miała swoje życie, ja swoje. Od czasu do czasu gadałyśmy ze sobą, ale nie było to raczej coś, co by mi utkwiło w pamięci. Potem widziałyśmy się dopiero na maturze z języka polskiego. Marzena miała nadzieję, że razem będziemy ją pisać. Nic z tych rzeczy - ona gdzie indziej i ja gdzie indziej. Trochę jej to pokrzyżowało plany, bo zapewne zaplanowała sobie ściąganie. Ale z gruntu rzeczy - i tak by nie mogła ode mnie ściągać, bo ja miałam rozszerzony, a ona podstawowy poziom. Tak wtedy było: pisało się dany poziom tylko w jednym arkuszu.
Za to z angielskiego było trochę dziwnie. Poniedziałek. Miałyśmy pisać razem. W komisji był oczywiście jeden z tych nauczycieli, którzy przerażali - historyk. W sumie, cieszyłam się z tego. Przed wejściem na salę, którą był gabinet pedagogiczny spytałam się jej, gdzie chce usiąść: przy radiu czy dalej? Odpowiedziała, że przy radiu. Miałam trochę obawy - jak mi pójdzie w takim razie?
Jak wchodziłyśmy na salę, to historyk do mnie, żebym usiadła przy radiu. Miałam to urządzenie naprzeciw twarzy. Marzena siedziała trochę dalej, bardziej w bok. Czułam, że wycięłam jej świństwo. Na dobrą sprawę - i tak to nie miało żadnego znaczenia.
Bo gdy już to słynne "rozumienie ze słuchu" nadeszło stwierdziłam, że kompletnie nic nie rozumiem i strzelałam. Trafiłam tylko dwa punkty. Wspaniale. Obawiam się, że Marzena nic nie wystrzeliła (obym sie myliła). To było mimo wszystko okropne świństwo ze strony ministerstwa - nic nie rozumiałyśmy, bo nas źle do tego przygotowywano, nic nie rozumiałyśmy, bo miałyśmy wadę słuchu, która każe nam nie rozumieć szybkiego i dziwnego akcentu z udziwnionym tłem. Kompletna paranoja.
Wyszłam ostatnia. Koleżanki Marzeny były zdziwione, co ta dziewczyna tak szybko się uwinęła? Czyżby wstąpił w nią nagle duch mądrości?
Nie wyglądało na to, bo gdy pisałyśmy egzamin, to wymieniłyśmy się spojrzeniami. Ani jedna, ani druga nie przedstawiała ze sobą zbyt pogodnych myśli. Dodałyśmy sobie otuchy wymuszonym usmiechem i brnęłyśmy dalej przez zadania egzaminacyjne.

II.

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Koniec czerwca. Rozdanie świadectw maturalnych. Stres. Ciągłe powtarzanie: "Zdałaś, kurwa, zdałaś" lub "a nawet jeśli nie zdałaś, to kurwa nie utną ci głowy". Znów przyszłam pierwsza po świadectwa. Odebrałam z uprzedzeniem pana dyrektora, że wszystko mam zdane. Ucieszyłam się z wyników, zwłaszcza z polskiego. Z angielskiego, przynajmniej z części ustnej byłam wcześniej zadowolona (głównie dzięki mojej przyjaciółce Agacie, która mi pomagała przygotowywać się do tego egzaminu - wielkie dzięki!), bo miałam 45%. A to - jak dla mnie był niezły wynik, zwłaszcza, że mój brat zareagował tak na mój poziom angielskiego: -Jak ty zrobiłaś te 45% to ja nie wiem, chyba cud jakiś. Może i miał rację.
W każdym razie przy wychodzeniu z gabinetu dyrektora minęłam się z Marzeną. Szczerze mówiąc, byłam zadowolona z takiego obiegu sprawy. Lubiłam ją. I od momentu, gdy przy mnie opowiadała o swoich problemach dużo o niej myślałam i zastanawiałam się, jak to możliwe, że ona ciągle miała pecha w życiu, mimo dobrego serca.
Na zewnątrz postanowiłam na nią zaczekać. Usłyszałam jakiś krzyk, który był wyrazem jej stresu i jednocześnie rezygnacji, coś w stylu: "Dlaczego to ciągle mnie spotyka?!?!". Kiedy wyszłam, spytałam się jej, czy zdała. Powiedziała, że trochę nie zdała.
Tamtego dnia niebo było jasnobłękitne i praktycznie bezchmurne. Panowała piękna, wiosenno-letnia pogoda z lekkim wiaterkiem. Trawa była dojrzale zielona. A Marzena stała przy mnie obok swojego chłopaka, a w prawej ręce trzymała świadectwo maturalne. Była niezwykle spokojna. Można było odnieść wrażenie, że jest to najspokojniejsza istota na ziemi. Stałam jak wryta w miejsce i przyglądałam jej się. Miałam wrażenie, że jest niezwykle pogodzona z losem. I że jest bardzo dojrzała. Nie umiałam określić, co to było, ale zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
-Spróbuję za rok -powiedziała spokojnym tonem i poszła. Ja dalej stałam w miejscu, niczym słup soli. Dopiero po tym, gdy zniknęła mi z oczu przypomniałam sobie, iż czas wracać do samochodu, którym przyjechałam po świadectwo. Auto było mojego taty, toteż ze mną przybył prosto pod szkołę.
Tamtego dnia ostatnią myślą o Marzenie było: "Czemu ona jest taka spokojna?".
Wiem, że słowa tego nie wyrażą. Ale wiem również, że była to jedna z tych najpiękniejszych chwil, jaka mnie spotkała. Takie chwile pamięta się na całe życie. I dlatego ją tu z takim uporem opisywałam.

III.

Często myślę o Marzenie i zastanawiam się, gdzie ona się podziewa. Chciałabym się z nią spotkać. I chciałabym, aby ją spotkało coś lepszego, niż dotychczasowe nieszczęścia. Wszak ona na pech nie zasługuje. Jednego jestem pewna: to dziewczyna, która jest ode mnie o wiele twardsza. Ale żal mi czasem jej jest, bo myślę, że jej problemy mogą tkwić w braku wiary w siebie. No cóż - paskudna edukacja u nas, że takie problemy bardziej dostraja. W każdym razie, gdy myślę o maturze często przypominają mi się sceny z Marzeną. I myśli, że ona była fajna. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego ta znajomość w ten sposób się skończyła.
Mam zupełnie uświadomiony fakt, że egzamin pisemny z języka obcego dla osób niedosłyszących w takiej formie, w jakiej jest dziś to trochę absurdalny pomysł. Gdzie równe szanse dla wszystkich? Dlatego postanowiłam, że spróbuję coś w tym względzie zmienić. Nie wiem jeszcze, czy mi się to uda, ale ciągle mnie podtrzymuje myśl: "To dla niej. To dla Marzeny".

30.08.2007

Komentarze

Komentarze(5) »

  1. Ja tez nosze te nieszczesne aparaty sluchowe i po prostu juz nie umiem z tym zyc

    Ktos | 2007-12-02 - 16:41:01 GMT 1 #

  2. witam serdecznie!bardzo ciekawa opowiesc i smutna niestety,ja mam inny klopot,slaby wzrok,mam juz 31 lat i ciagle probuje zdobyc srednie,najgorzej jest z matematyka,duze zaleglosci ktorych nie nadarzam odrobic bo juz w podstawowcxe mialem z matma klopot i podobnie jak twoja znajoma pechaw zyciu,ciagle cos sie nie udaje.

    piotr | 2008-01-29 - 18:53:44 GMT 1 #

  3. Ja również uważam, że to, co się dzieje z maturą dla osób z niepełnosprawnością to jest poprostu chamstwo! Moja przyjaciółka nie słyszy w ogóle i dobrze, że sama zainteresowała się formą swojej matury, bo nikt by jej nie zwolnił z "listeningu". Bo, tak jak pisałaś, gdyby ktoś to jeszcze czytał, to ona bardzo chętnie mogłaby wziąć w tym udział: potrafi czytać z ust.
    Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do odbudowania znajomości z Marzeną, chociażby poprzez portal nasza-klasa.

    Justyna | 2008-04-09 - 18:37:00 GMT 1 #

  4. Zajmująco to opisałaś. Działa na wyobraźnię. Dzięki. Pozdrawiam.

    Piter | 2008-05-22 - 18:20:02 GMT 1 #

  5. Podziwiam Cię za to co napisałaś...wzruszająca historia,rozpłakałam się i nadal nie mogę się powstrzymać od płaczu:((.Jestem w podobnej sytuacji,mam niedosłuch i noszę aparaty słuchowe,a w 2010 roku czeka mnie matura.Dowiedziałam się dzisiaj również,że nie ma takiej opcji żebym mogła byc zwolniona z ,,rozumienia ze słuchu".Jestem całkowicie zdołowana,ponieważ ja nicc nie rozumiem.Co innego gdybym to miała napisane,ale ze słuchu nic:(((Na dzień dzisiejszy odechciało mi się zdawac matury,bo zżera mnie coraz większy stres i z moim pesymistycznym podejściem do życia wiem,że i tak nie zdam :((( Pozdrawiam autorkę tego postu

    Angelika | 2008-10-17 - 21:29:39 GMT 1 #

Skomentuj


<a href> <em> <blockquote> <strong> <cite> <code> <ul> <li> <dl> <dt> <dd>

Archiwum | Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo